O zakończeniu modułu La'a Kea w kursie Huny online

Osoby, z którymi współpracuję w ramach Rocznego Kursu Huny Online, zakończyły wreszcie warsztat z praktyki La’a Kea, opisanej w "Szamanie miejskim" Serge’a Kahili Kinga. Co w tym niezwykłego? Już piszę.

Nauczyłem je tego, co sam stosuję dla klientów. Na odległość diagnozują, kiedy robią przekaz. Bez problemów posługują się barwami i intencjami.

Przekazywaliśmy energię sobie nawzajem i innym, potrzebującym z obszaru rodziny, znajomych.

Kocham Hunę między innymi za to, że nie daje powodów do buty i pychy. Jest ona z istoty egalitarna, skierowana pod strzechy. Największa w niej trudność jest ta, że nie da się jej poznawać samemu, potrzebny jest ktoś, książka to za mało. Chyba, że ma się umiejętności wyniesione z innego, podobnego treningu.

I po to jestem - po to, żeby "Szaman miejski", "Bądź mistrzem ukrytego ja" czy "Natychmiastowe uzdrawianie" stały się czymś więcej, niż makulaturą, żeby ożyły.

Ludzie radzą sobie bez problemów. Jedna osoba odeszła z grupy, o której tu mowa, nie była z moich grzybów. Czuła się źle na myśl o zajęciach. Wewnętrzny opór, blokada, chęć ucieczki. Wiedziałem o tym od dawna. Sam nosiłem się od dłuższego czasu, czy nie zaproponować jej rezygnacji.

Co spowodowało, że nie mogła uczyć się Huny akurat ode mnie? Być może mój charakter, osobowość? Być może jestem przemądrzały, albo zatwardziały, albo egocentryczny?

Być może. Fakt jest taki, że tego, co robię, nie robię bez przyczyny, że stoi za tym wieloletnie doświadczenie i osobiste odkrycia, życie poświęcone poznawaniu tych rzeczy. I jeżeli kogoś to naprawdę szczerze nie interesuje, jeżeli ktoś naprawdę nie szuka, to nie ma możliwości wytrwać, zawsze zjawi się jakaś przeszkoda.

Choć uczę Huny, nie pasuję do potocznego wyobrażenia kahuny czy specjalisty - stale uśmiechniętego, powtarzającego ho’oponopono, przymykającego oczy na wszystko, skrajnie tolerancyjnego. Dla mnie, przede wszystkim, liczy się moralność. Nie mylę moralności z ciepłokluchowatością i świętojebliwością. Moralność, w moim mniemaniu, potrafi być brutalna do granic możliwości, ale nie jest to ślepa siła, ale siła mądra, celowa i skuteczna.

Mam szczerze dość tandetnego, pospolitego, naiwnego, opartego na dualistycznej etyce chrześcijańskich eunuchów obrazu człowieka uduchowionego. Dlaczego? Bo często imputuje mi się go, zupełnie niesprawiedliwie i nieuczciwie.

Moja etyka streszcza się w znaku Jin-Jang - łagodność i gniewność w równowadze. Brak gniewnego aspektu prowadzi do naiwności, brak łagodnego do agresywności, zaś równowaga to coś pięknego, bo prawdziwego i dobrego.

Dodam, że interpretacja taoistycznego znaku Jin-Jang, której dokonują katoliccy inkwizytorzy z dominikańskich czy innych centrów informacji o sektach, w kategoriach dualistycznej etyki chrześcijańskiej to przejaw skrajnej ignorancji w stosunku do filozofii i kultury chińskiej. Znak nie oznacza równowagi dobra i zła.

Prawdziwy, zdrowy człowiek musi dysponować zdolnościami tworzenia i niszczenia, umiejętnościami uzdrowicielskimi, ale i bojowymi - samoobrony, obrony bliskich (rodzina), asertywnością, odrębnością, odwagą i stanowczością. Brak tego, który widzę na każdym kroku, zwłaszcza wśród tych, którzy zajmują się "duchowością", w tym mówią o Hunie i medytacji, jest sromotny i skutkuje tym, że stajemy się bezbronni i infantylni, dlatego pierwszy lepszy Przechrzta może nas wydudkać -  na aniołach, duchowych uzdrawianiach, jasnowidzeniach, Bogu, powrotach do poprzednich wcieleń, i Bóg jeden raczy wiedzieć na czym jeszcze.

Kiedyś sądziłem, że najbardziej na świecie brzydzi mnie gówno, ale teraz uważam, że jest tym wiara - doskonała przykrywka dla wykolejeńców wszelkiej proweniencji, szczególnie dla seksualnych maniaków i zboczeńców.